Czy operacja plastyczna może być wyrazem miłości do siebie i nie być w ruchu negacji?

W szczególności taka operacja plastyczna, która ma na celu „przywróceniem” normalnego kształtu, funkcjonalności lub zrównaniem z kanonami uważanymi za normę.

A może ciało ze swoimi niedoskonałościami jest dokładnie takie jak być powinno, bo szyte na na miarę?

Przykład: ginekomastia/lipomastia. Czy facet, która postanawia zrobić „porządek” ze swoimi nienormatywną klatką – ze swoim „biustem” robi coś dobrego czy złego? Może lepiej byłoby dla niego zostawić to jak jest i spróbować dostosować się „ułomności”. A co jeśli te ułomności go ośmieszały, a ośmieszali i szykanowali z tego powodu go także jego przodkowie, których geny nosił w sobie. Czy w takim przypadku chęć wykonania operacji plastycznej może nie być w ruchu negacji siebie – siebie jako swojego rodu? – albo siebie jako tylko części tego rodu – osób które szykanowały. A może taka operacji może nie być w żadnej negacji, tylko w ruchu wyprostowania tego, co można wyprostować, naprawienia tego, co można naprawić, bo skoro współczesna medycyna takie takie możliwości, to czemu by z takich możliwości nie skorzystać.

A chirurg-plastyk w takiej sytuacji będzie kimś dobrym czy złym? Będzie próbował zaprzeczyć czemuś, czy będzie chciał coś wyprostować? Będzie w zgodzie z naturalnymi procesami Uniwersum, które dały „pacjentowi” takie a nie inne dolegliwości, czy będzie przeciwko nim?

A czy może być tak, że chirurg-plastyk dołączy wraz ze swoim „pacjentem” do frontu przeciwko całej rodzinie, której ów pacjent okazał się (być może) zsypem na śmieci? A może z rodziną pacjenta nie da się wygrać, więc ten front przeciwko tej rodzinie jest kultywowaniem tego bycia zsypem na śmieci zarówno dla pacjenta jak i dla chirurga.

A co jeśli ta czy inna dolegliwość fizyczna miała więcej mówić o tych którzy taką osobę by obserwowali niż o niej samej? A co jeśli ktoś lub jakiś ród wybiera dobro innych – bo byciem lustrem, odbiciem dla innych kosztem siebie i ułomności u siebie? A co jeśli ten schemat bycia odbiciem jest wybierany przez rodziców, ale jest przerzucany jak najszybciej na swoich zstępnych – bo przecież nikt nie chce tego mieć, i „jakoś to będzie”, „damy radę”… ?

A co jeśli członkowie systemu rodzinnego którzy szykanowali jednego ze swoich osobników – i potraktowali go jako „zsyp na odpadki” zrobili to bo sami czuli się odpadkami? – Co jeśli oddelegowali – tak jak umieli jednego ze swych osobników – żeby „coś z tym zrobił”.

Co jeśli zarówno osobnik z defektem jak i chirurg-plastyk czują gdzieś podskórnie, że trzeba i realizują wspólnie pewną idylliczną misję, której sami nie do końca rozumieją – ale aby nie było tak, że dzieje się coś czego się nie chce…

Co jeśli wszyscy którzy biorą świadomie udział w tym poprawianiu natury napędzani są chęcią rozgrywania gry między byciem w znanym i nieznanym jednocześnie? Co jeśli ta chęć rozgrywania tej gry balansowania między znanym i nieznanym wynika bardziej z chęci jej rozgrywania niż z chęci poznania które mogłoby wyniknąć z poznania – zintegrowania tego między czym się balansuje?

Co jeśli chęć do tego balansowania – i sama chęć spłodzenia sygnatury energetycznej tego balansowania jest po to, aby skompensować inną podobną sygnaturę energetyczną, aby obie w konsekwencji dały układ stabilny. Co jeśli taki układ stabilny jednak tworzy fałsz? – A co jeśli taki układ stabilny mimo, że tworzy fałsz, to jednak chroni przed innym większym potencjalnym zagrożeniem? Co jeśli takie układy stabilne nie są życiodajne? A co jeśli takie układy stabilne mimo, że nie są życiodajne, to jednak wielokrotnie sprawdziły się w przeszłości?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *