Czy można wpaść w pułapkę afirmowania/chwalenia trudnych doświadczeń?

I przez to mieć tylko takie?

Kiedy ma się się miłe, spełnione, dobre, radosne życie, to raczej nie ma potrzeby doceniania/chwalenia/afirmowania trudnych doświadczeń, bo aż tak trudnych się nie ma. Jednak trudne czy bardzo trudne doświadczenia, które sprawiają, że człowiek, aby zaakceptować swoją historię i uznać samego siebie, aby się dalej nie odrzucać – aby to zrobić musi wznieść się na wyższy poziom, to samo to – z konieczności – wzniesienie na ten wyższy poziom może okazać się cenniejsze niż koszt jaki przyszło zapłacić za tę naukę. Aby kolejny raz nie zanegować siebie, ktoś po takich trudnych doświadczeniach, z braku dostępnych innych możliwości, aby czuć się dobrze z tym co się stało, może wejść w ruch chwalenia, wdzięczności, doceniania, afirmowania tych trudnych doświadczeń, a nawet sprawców okrutnych czynów, którzy te doświadczenia spowodowali. Może zacząć czuć też głęboką wdzięczność a nawet miłość do tych sprawców za ich poświęcenie, bezwzględność i nieustępliwość, bo kto nie tak jak oni znęcałby się nad nimi rezygnując przy tym być może z samych siebie (a może nie rezygnował?). Może nawet zachwycić się jak z perspektywy wiecznego nieograniczonego ducha takie trudne doświadczenia okazują się pięknym, niesamowitym przeżyciem doświadczania formy, czasu, przestrzeni i ograniczeń, a nie byłoby możliwe bez suchych, bezwzględnych, prymitywnych, okrutnych oprawców.

A może jednak ci oprawcy nie rezygnują z siebie, tylko to dla nich szansa związania się/czerpania od kogoś wyższego – wyższego to znaczy bardziej ugodowego, bardziej doszukującego się właściwości w tym, czego niżsi nie akceptują, bo nie jest to dla nich logika dostępna – bo za wysoka.

Wdzięczność z tych trudnych doświadczeń sama w sobie jest potężnym, wysokowibracyjnym polem energii, oscylującym w okolicach praw najwyższych ostatecznych, lecz jego wysokowibracyjność i dobry nastrój tym powodowany może przesłonić to, że w istocie jest to zemsta na tym negatywnym osobniku – oprawcy, a nagrodą i radością po tych wszystkich trudnych doświadczeniach jest satysfakcja, że oprawców zostawiło się w tyle, że są kimś z kim nie warto nawet rozmawiać, bo i tak nie zrozumie; gdyby miał bowiem zrozumieć, to zrozumiałby wcześniej i przestał krzywdzić. Jest to tyle groźna sytuacja, że może spowodować zatrzaśnięcie się w postawie, ruchu bardzo mocnego energetycznie wzorca afirmowania/doceniania trudnych doświadczeń przez który można stać się kimś nowym i wyjść na nowy wyższy poziom, także porzucić doczesność, przywiązania, bo teraz co innego się liczy, co innego jest ważne. Kosztem jednak tej postawy/myślenia i właśnie trwania w tej wysokiej energii wynikającej z tego radości i poniekąd wydawałoby się słusznej zemsty jest to, że trudno otworzyć na prozę życia i przyciąga się nadal trudne sytuacje, bo skoro dawne trudne sytuacje spowodowały taki wzrost, rozwój i radość, to dlaczego kolejne miałyby być nie powodować kolejnych wzrostów, radości i wychodzenia w nowe. Może okazać się więc toksyczne sytuacje stają się codzienności a brak prozy życia przykrywany jest satysfakcją z radzenia sobie z trudnymi, toksycznymi sytuacjami jakby były czymś normalnym. Jednak może okazać się, że tym dalszym połykaniem toksyków zasłania się niechęć do rozliczeń i konfrontowania z przeszłością, określania i wyceny strat, słusznego opłakania tego co naprawdę było dużą i bolesną stratą i czego być może odbudować a przynajmniej w takiej formię jakby to mogłoby się nie da. Chęć bycia pozytywnym, doceniającym, nie bycia uważanym za kogoś pamiętliwego, rozgoryczonego, żyjącego przeszłością może być stałą silną mobilizacją do tego, żeby jednak trwać w postawie doceniania i dalszego przyciągania trudnych toksycznych sytuacji.

W cięższych przypadkach niechęć do rozliczeń ze swoimi oprawcami może spowodować zapisanie się odwrotnego programu na tzw. kolejne wcielenie – bowiem tylko w taki sposób możliwy do wyrównania staje się ów dług. A co jeśli w sprawę wtrąciły się urzędy, policja, sądy, adwokaci, prokuratorzy, komornicy i skutecznie zblokowali możliwość chociażby rozmowy, podejścia do wyjaśnienia, nie mówiąc już o osadzeniu w więzieniu czy zastasowanie środka zapobiegawczego. Czy z tymi wszystkimi, którzy nie dopuszczają do siebie tematów karmicznych albo nie rozumieją krzywd które czynili warto podejmować jakiekolwiek rozmowy czy doprowadzać do rozliczeń, żadać odszkodowania, wyrównania, a chociażby szczerej rozmowy, w której coś mogłoby się okazać? Co zrobić, aby z tymi osobami się już więcej nie spotkać, aby spowodować wyrównanie. Co zrobić jeśli oprawcy są takimi bezrefleksyjnymi kanaliami, że mysl o rozmowie powoduje uczucie obrzydzenia. Nieraz mówi się, że aby wyrównać rachunki należałoby się dobrze zemścić, ale co w sytuacji, kiedy nie chce się lub nie jest się w stanie zemścić dla wyrównania, bo osoby te dzieli rozwojowa i wrażliwościowa przepaść, w rozmowie więc nie widać sensu, w wypominaniu, przypominaniu też nie widać sensu.

Czy oprawca może być zły na ofiarę, że ta nie stawiała oporu, że nie zemściła się wcześniej? Co jeśli przez to, że ofiara nie stawiała oporu oprawca musiał uderzać mocniej i mocniej, żeby ofiarą jednak się ocknęła? Co jeśli ofiara miała silną energię i przyciągała ataki oprawcy? Czy oprawca może być zły na ofiarę, że nie mógł się powstrzymać aby atakować?

A co jeśli ofiara będzie uskuteczniała miłość bożą wobec oprawcy o której mówi X.Dominiczek na poniższym materiale? Co jeśli ofiara intencjonalnie, choć nieświadomie bawiła się tym ściąganiem na siebie zła i testowała ile może znieść? Co jeśli to ściąganie na siebie zła wynikało z tego że nie było innej możliwości, bo rodzice zatrzasnęli swojego potomka w takiej dynamice? Co jeśli rodzice czują się niewinni, bo oni tylko przekazywali zło, które ktoś im wcześniej czynił – po prostu przekazali dalej jak kurier lub listonosz co nosi paczki. Co jeśli głównym oprawcą, który atakował mocniej i mocniej, aby potomek w końcu się otrząsnął był/jest sam biologiczny ojciec, który jednak ze swoim ojcostwem się nie kontaktował i go nie czuł – a to właśnie ojciec powinien bronić godności zdrowia i życia swojego potomka, a nie okaleczać go coraz mocniej, żeby potomek w końcu zobaczył jak złego i okrutnego ojca ma?

A co jeśli taki potomek aż współczuje swojemu biologicznemu ojcowi tego jakim musiał być chujem, bo rozumie, że skoro tak się zadziało, to widocznie nie było prawdopodobne, aby zadziało się inaczej..

A co jeśli takiego potomka rodzice chcą leczyć siłowo psychiatrycznie, bo skoro pokazywanie jak złym się jest rodzicem nie pomaga na to, żeby potomek przejrzał na oczy, to może chociaż medycyna pomoże?

A co jeśli ten obłęd jeszcze bawi ofiarę, żeby zobaczyć jak podłym miejscem może być planeta ziemia, jak długo nie reagują wyższe prawa/istoty, a może ofiara swoją ofiarnością i przyjmowaniem na siebie ciosów chce udowodnić/wykazać jakiś błąd wszechświata, lukę w matrixie?

A co jeśli dla oprawcy taka miłość boża – jak na poniższym materiale – jest kompletnie poza zasięgiem percepcji, mimo że oprawca chodzi do kościoła, gdzie takie czy podobne rzeczy mówią – a on ich chwali..

A co jeśli taka miłość boże i jej osiągnięcie była/jest świętym graalem i w końcu pojawia się szansa zawalczenia o nią? A co jeśli osiągnięcie tej miłości bożej jest tylko chęcią odejścia z tego świata z powodu pogardy do niego?

Wygląda na to, że X.Dominiczek przedrzeźnia nie Jezusa – Yoshue, ale to jak widzi on i cały Kościół Katolicki tę historie, tę misję, to wydarzenie – jak bardzo nie rozumie to co się stało, to co się dokonało, to co się otworzyło. Sam ten fragment kalibruje na 196, czyli jest blisko odwagi – odważne jest bowiem to wystąpienie X.Dominiczka – bo odważył się zadać pytanie, wątpliwość, rozważyć w ogóle ten problem. Samo to, że jest to przekaz poniżej 200 i jest wypowiadany w świątyni jest przykre, ale w stosunku do uśrednionego przekazu treści kazań w cały K.K. który kalibruje na 9, to i tak jest ewenement i mogłoby zasługiwać na uwagę a nawet może aprobatę kogoś, komu temat nie jest obojętny.

Zastanówmy się nad stwierdzeniem, że: „rdzeniem miłości bożej jest kochanie dobrych i złych tak samo”. Poziom prawdy tego wypowiadanego zdania to 166. Gdyby jednak ściągnąć energię, intencję tego kto te słowa wypowiada – rozłożyć zdanie do pojedynczych słów a następnie znów złożyć w całość i sprawdzić maksymalną kalibrację prawdy, z jaką takie słowa mogłyby zostać wypowiedziane, to wychodzi 354. Robi się z tego lekko pozytywny przekaz. Niewykluczone, że X.Dominiczek coś zrozumie po drodze i energia na nagraniu zmieni kiedyś na taką wartość.

Zastanówmy się jaki w tym zdaniu jest błąd, problem – niezrozumienie.

1) Dla Boga nie ma dobrych i złych, bowiem dla Boga są tylko dobrzy. Inaczej Bóg przeczyłby sam sobie lub miał kogoś nad sobą.

2) Bóg w ogóle nie istnieje, jednak załóżmy że Stwórca/Źródło to to samo co Bóg

Można by jednak było potraktować to tak, że wiadomo, że dla Boga/Stwórcy/Źródła dobrzy i źli nie istnieją, bo są tylko dobrzy – ale według niedoskonałego oka i niedoskonałego postrzegania X.Dominiczka, który bawi się w dobry i zło i udaje że dobro i zło jest, bo tym nasiąkł przez całe wcześniejsze życie, to według tego postrzegania, w zderzeniu z tym myśleniem właśnie Bóg/Stwórca/Źródło równo kocha, równo uznaje takich uznawanych za dobrych i zły, przez co można byłoby rozumieć takich którzy działają w intencji poniżej lub powyżej 200. I to jest właśnie to 354 – czyli maksymalny poziom prawdy z jaką można byłoby wypowiedzieć ten tekst – sentencję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *